Regaty SpA 2025 - 2 etap














 Regaty SpA 2025 -2 etap

10-go grudnia o godzinie 11-tej odcumowaliśmy jachty w marinie Santa Cruz i ruszyliśmy na linie startu. Moja Hopsanka popłynęła ostatnia, na holu za Aymonem (jestem bez silnika). Wystartowaliśmy na drugi etap regat SpA 2025 o godzinie 12-tej. 

Było dość pochmurno, wiatr wiał z południowego wschodu o sile 4B. Obrałem kurs 210 i do wieczora płynąłem wzdłuż wschodniego brzegu Teneryfy. Za wyspą wiatr wzrósł do 5B, prędkość osiągałem do 6kts. Powoli rozpraszały się i niknęły inne jachty z zasięgu wzroku.

W nocy wiatr zmienił kierunek na północny i osłabł do 2-3B, a moja prędkość zmalała do 3,5kts. Płynąłem cały czas prawym baksztagiem. Pierwszej doby przebyliśmy 105 mil. Kurs zmieniam na 240. Wiatr rośnie do 4B, a prędkość do 5kts. Na horyzoncie pojawia się Ancymon i Nuts. W nocy wiatr znowu osłabł, by nad ranem powrócił do 5B z północy. Po dwóch dobach przebyllem 190 mil. Zaczyna wiać coraz mocniej. Stopniowo zakładam na grocie kolejne refy, jednak samoser coraz gorzej współpracuje i opuszczam całego grota, pozostając na podstawowym foku. Nie była to prosta operacja, gdyż ustawienie łódki samemu w sztormie pod wiatr było niemozliwe i żagiel po ściągnięciu trzeciego refu nie chciał opaść. Musiałem wdrapać się na bom, by całego grota ściągnąć przy bardzo dużym rozkołysie. Udało się. Wiatr osiąga 8-9B, fale dochodzą do 6 metrów. Płynę kursem 250 w bardzo trudnych warunkach, z falami atakującymi z prawej burty. Noc ciężka I nieprzespana. Mam kłopot z wentylatorem, który okazuje się mono przeciekać. Mimo sztormu udaje mi się utrzymywać wysoką prędkość tylko na samym foku. Średnio płynę 7kts, ale przy zjazdach z większych fal osiągam około 13kts i pokonuje ostatniej doby 120 mil. Następnego dnia sztorm tylko trochę łagodnieje, do ok 7B. Zmieniam foka na sztormowego i stawiam grota na trzecim refie, dla sprawdzenia czy będzie łódź dokładniej słuchała steru. Z samym podstawowym fokiem było nieco lepiej. Wciąż mam bardzo dobra prędkość ok 6kts. Wieczorem przecinam 23 południk, więc zbliżam się do passatów.

Prez następnych kilka dni wiatr się stabilizuje na poziomie 5B z kierunku północno-wschodniego. Co dzień pokonuje ponad 100 mil, raz prawym, raz lewym baksztagiem by być jak najbliżej kursu 240. 

Dziewiątego dnia jeszcze nocą dochodzi do awarii zasilania. Akumulator, który zainstalowałem w ostatniej chwili na Teneryfie, obluzował się z mocowania, najprawdopodobniej jeszcze podczas sztormu i doszło do zwarcia. Miałem jeszcze solarny powerbank, więc uznałem że z kompasem, mapą, naładowana komórką i Inriczem dam radę, choć płynięcie jeszcze przez 1700 mil bez radaru i oświetlenia, było sterujące. Jednak nad ranem uszkodziłem przewód do ładowania Garmina. Oceniając sytuację, podałem do Polski komunikat, że będę od dziś nadawał swoją pozycję tylko raz dziennie, by wystarczyło mi baterii do Karaibów. Po jednym dniu znalazłem sposób, by przywrócić ładowanie dołączając stary akumulator. Następnego dnia udaje mi się naprawić przewód do ładowania Garmina i znowu nadaje swoją pozycję w ciągłości. Straciłem w tych dniach sporo czasu, co zaważyło na pokonywanym dystansie. Od dwunastego dnia wracam do efektywnej żeglugi. Przesuwając się na południowy zachód, jestem już od jakiegoś czasu w strefie passatów, w okolicy 17 poludnika i stopniowo zmieniam kurs na 260. W przewadze wieje równo od rufy, więc muszę halsować baksztagami. Siła wiatru w tych dniach to 3-5B, więc znów pokonuje każdego  dnia ponad 100 mil.

W pierwsze święto, szesnastego dnia żeglugi, o godzinie 10tej otrzymuję wspaniałą wiadomość - moja córka urodziła syna. Zostałem po raz drugi dziadkiem. Taki prezent pod choinkę 🙂

W następnych dniach wiatr słabnie i pojawia się mnóstwo traw sargassowych, które bardzo spowalniają żeglugę. Coraz częściej dochodzi do wielogodzinnych flut. Leniwa spokojna podróż daje trochę odpoczynku i szansę na odrobinę higieny, ale na dłuższą metę jest bardziej męcząca niż walka ze sztormem. Taka pogoda, a więc upał i bardzo słaby wschodni wiatr utrzymywały się już prawie do końca rejsu.

W ostatni dzień roku przestały mi działać dwa połączone akumulatory. Został jeszcze trzeci, najstarszy i najsłabszy. Po włączeniu jego, instalacja ruszyła na nowo. Przy bardzo dużych oszczędnościach prądu nocą, działała już do mety. 

W Nowy Rok osiągam 15 południk I mój kurs powinien oscylować pomiędzy 265 z 270 stopniem. Utrzymujący się kierunek wschodni słabego wiatru pozwala mi tylko na halsowanie baksztagami.  Brak drugiego foka boleśnie odczułem. Na dwóch fokach bez grota, łódka jest samoserowna w fordewindzie.

Gdy miałem już około 100 mil do Martyniki w 28 dniu rejsu zaczął wreszcie wiać mocny wschodni wiatr 4-6B. Ostatnia doba, to było znowu szybkie żeglowanie 4-6kts.

 Metę przekroczyłem o 3 w nocy 9go stycznia. Płynąłem 29 dni, 20 godzin i 15 minut.

Przed świtem dotarłem do kotwicowiska na Martynikę, w okolicy Sainte Anne. Na przeciw mi wypłynął na silniku Bartek (dzień wcześniej, jako pierwszy, przybył na metę) by zcholować moją Hopsankę na miejsce obok Ancymona. Po południu dotarł Rajmund na Falce i zacumował do naszych łódek. W trzy złączone jachty staliśmy na kotwicy obok Poli, trimarana Bartosza i Anny Dawidowskich, którzy następnego dnia zaprosili nas na pyszne śniadanie połączone z morskimi opowieściami i zwiedzaniem ich wspaniałego domu na wodzie. Kilkakrotne wzajemne przemiłe odwiedziny mają zaowocować reportażem o naszych regatach na ich kanale YouTube.

Po kilku dniach Rajmund dostał potwierdzenie transportu łódki z pobliskiej mariny. Bartek i ja wyruszyliśmy w piętnastomilowy rejs do innej zatoki, by zmienić miejsce i być blisko Fort dr France, skąd miały być odbierane nasze Setki w piątek 16go stycznia.

W malowniczej zatoce stali inni znajomi na kotwicowisku. Małżeństwo polsko brytyjskie Agnieszka i Paul na dwunastometrowym  Caborco, którzy zaprosili nas na kolację. Sprawdzoną metodą rzuciliśmy dwie kotwice i połączyliśmy łódki burtami. Wydawało się że kotwice trzymają mocno, więc wsiedliśmy do pontonu I popłynęliśmy na silniku na drugi koniec zatoki, gdzie mam wskazali swoją pozycję Agnieszka i Paul. Znowu bardzo miłe spotkanie, więc troszkę się przeciągnęło, zanim wsiedliśmy na ponton by powrócić do swych łódek. Podpłynęliśmy w rejon gdzie rzucaliśmy kotwicę, widzimy wszystkie jachty, które nas otaczały jeszcze trzy godziny temu, ale naszych nie było. Jest ciemna noc, widać tylko światła topowe dziesiątek jachtów, a wiatr jest spychający w stronę otwartego morza. Pełni niepokoju płyniemy z wiatrem przez całe kotwicowisko mijając różne jednostki, ale nie nasze. Dalej już około mili od nas świeciło się jeszcze jedno światło. Gdy dopłynęliśmy bliżej ukazały się w mroku kadłuby Hopsanki i Ancymona. Ufff, adrenalina opadła, ale było nam naprawdę gorąco. Potem popłynęliśmy w stronę Caborco, by przy cumować do jego burty, a następnego dnia rano jeszcze raz kotwiczyliśmy nasze Setki, tym razem dokładnie sprawdzając trzymanie.

Taka to morska przygoda może przytrafić się na postoju, gdy niedokładnie sprawdzimy kotwy.

Dwa dni później Ancymon i Hopsanka stały już bez masztów i kili w kontenerze, w porcie Fort dr France.

Koniec atlantyckiej przygody.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kwalifikacje - opis rejsu