We wtorek 18 listopada o 9 rano wyruszyłem w rejs z Portimao w ostatniej grupie z Jakubem i Darkiem. Do przepłynięcia w linii prostej 660 mil pierwszego etapu SpA2025.
Z portu wyholował mnie Kuba, gdyż moja łódka jest bez silnika. Tak jak prognozy pokazywały, wiatr u wybrzeży Portugalii był bardzo słaby ze wschodu. Postawiłem genakera i snułem się wzdłuż wybrzeża z prędkością około 2-3 węzłów. W południe zastała nas zupełna flauta i bujałem się jakieś 15 mil na południe od Sagres. Koło 14 tej przyszedł tak oczekiwany wiatr z północy o sile 4-5 B. Obrałem kurs 220 i prawym baksztagiem zaczęło się bardzo przyjemne żeglarstwo z prędkością 5-6 węzłów. Przed nami między dwudziestą, a sześćdziesiątą milą, ruty statków. Męcząca noc, ostatnie tankowce przepłynęły dopiero o świcie.
O 7 rano minąłem Jakuba. Tego dnia jeszcze do południa byliśmy w zasięgu wzroku. Potem Skorch zmienił hals i zobaczymy się dopiero w Santa Cruz. Wiatr 4 B pozwala mi ciągle utrzymywać prędkość 4-5 węzłów i w pierwszą dobę ubyło mi z wyznaczonego kursu 80 mil. W południe wiatr osłabł do 2-3 B. Szukam najkorzystniejszego baksztagu. Czasem płynę kursem 260, a czasem 180 z prędkością około 3 węzłów. W nocy wiatr wzmaga do 4-5 B. Krótki deszcz, prędkość 5 węzłów. Powoli przyzwyczajam się do wszystkich niedogodności na tak małym jachcie i przyjmuję jakiś optymalny harmonogram dnia.
Jest już czwartek 20 listopada. Z kursu ubyło mi 160 mil. Cały dzień wieje 4 B z północy, więc płynę najkorzystniejszym prawym baksztagiem, kursem 220 z prędkością około 5 węzłów. Od 19 wiatr wzmaga do 6-7 B. Zakładam trzy refy na grocie. Zaczyna się ciężka noc. Łódź trzyma jednak dobrze kurs i mogę większość czasu spędzać w kabinie.
Jest piątek rano. Ostatniej doby ubyło z kursu 100 mil, a zostało 390. Wiatr NE 6 B, po południu rośnie, by wieczorem było już 8 B. Zdejmuję grota i kontynuuję rejs na samym foku. Przy tej sile wiatru i cztero metrowej fali samoster przestaje słuchać i wywozi mnie przy każdym podmuchu. Na samym foku jest trochę lepiej, ale muszę siedzieć w kokpicie. W nocy podejmuję decyzję o zrzuceniu foka i wyrzuceniu liny za rufę, aby móc na trochę odpocząć w kabinie.
Jest sobotni poranek 22 listopada. Żegluję już z powrotem na samym foku. Ubyło z kursu ostatniej doby tylko 50 mil. Zostało jeszcze 340. Wiatr 7 B NE pozwala mi obrać kurs 240. Później wiatr trochę kręci,ale z podobną siłą i zmieniam halsy obierając kursu od 200 do 260. Grot ciągle trzymam na trzecim refie. W takich warunkach Hopsanka gna nawet do 8 węzłów. Jednostkowo przy zjazdach z fal czasami 11 węzłów.
Minęło pięć dni. W niedzielę obliczam, że ubyło mi ostatniej doby z kursu 130 mil. Podnoszę grot na drugi ref. Wiatr 5 B, N. Kurs 220. Przez krótki czas widoczny był na wschodzie Darek na JaTam. Tego dnia jest wysoka krzyżująca się fala. Jedna z nich zalewa mi łódkę i przez zejściówkę, której nie zdążyłem zamknąć, wdziera się do kabiny. Stresująca przygoda. Wszystkie rzeczy mokre, zniszczona część prowiantu, a sprzątnięcie wody nastręcza wiele problemów. Krótko mówiąc,kiedy w jednym ręku trzyma się wiadro, w drugim gąbkę, to brakuje jeszcze co najmniej dwóch do trzymania się uchwytu i pokryw grodzi. Sprzątałem to chyba z trzy godziny zaliczając dziesiątki guzów. Zmęczenie zaczęło brać górę i w nocy, gdy przyszedł deszcz, niekontrolowanie zasnąłem na jakieś trzy godziny. Na szczęście łódka kurs trzymała i nie pojawił się żaden statek przed dziobem.
Wszyscy po pewnym czasie samotności na oceanie zaczynamy doznawać dziwnych złudzeń. Moje wydają się bardzo osobliwe. Przez ostatnie dwie doby, nieprzerwanie słyszałem gdzieś zza horyzontu chór męski, starocerkiewny na wiele basowych głosów. W Santa Cruz wszystko ucichło. I jak tu nie wierzyć w greckie syreny? Szkoda że moje były facetami i w dodatku ze wschodu.
Minęło sześć dni. Jest poniedziałek. Ostatniej doby ubyło mi 110 mil. Do Teneryfy jest już tylko 100. Wiatr N, 4 B. Płynę już od jakiegoś czasu na pełnej powierzchni żagli z prędkością ok 5-6 węzłów. Czując już zbliżający się widok El Teide, coraz więcej czasu spędzam przy sterze, marząc o prysznicu w marinie Santa Cruz. W nocy wiatr słabnie do 3 B, ale jest ciągle korzystny i pozwala na kurs prosto do mety odcinka.
Jest wtorkowy poranek, 25 listopada. Na horyzoncie widzę już Teneryfę. Wiatr wciąż N, 3 B. Za godzinę minie 7 dób podróży. Nagle słyszę, jak wokół mnie rozlegają się dziwne pluski. Patrzę na wodę, a to olbrzymie stado delfinów popisuje się przede mną akrobacjami. Przepiękne przywitanie z Wysp Kanaryjskich. Niestety były bardzo krótko. Zdążyłem zrobić filmik, ale na zdjęciach już ich prawienie ma.
O godzinie dziesiątej mijam linię mety. Krótki telefon do Janusza. Żegluga zajęła mi 7 dni 1 godzinę, choć trzeba do tego doliczyć 46 godzin spóźnienia się na start, ale to juz mój wybór. Z mariny wypłynął po mnie Rajmund z Andrzejem na Falce. To była wielka pomoc z ich strony, bo zafalowanie przy główkach było bardzo duże, a ja jak już pisałem, jestem bez silnika. Na Garminie zanotowane 805 mil, choć z kursu było 660, ale to się nie da tak w linii prostej, jak motorówką.
Wrażenia są ciekawe. Nie cierpię na chorobę morską, nie tracę też równowagi po zejściu na ląd, ale jednak ta mała zamknięta, bujająca się kabina robi swoje. Poszedłem pod prysznic i gdy tylko zamknąłem się, wszystko zaczęło wirować. Musiałem trzymać się ścian, by nie wylądować w brodziku. Taka to zabawna na koniec etapu przygoda.
Kibicowaliśmy wiernie cały tydzień. A w tę noc piątkowo-sobotnią, kiedy zwolniłeś i odszedłeś bardziej na zachód, dyskutowaliśmy, co tam u Ciebie. Jasiek dobrze stawiał, że musisz odespać.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie - Sebastian Lindner (z jakichś powodów zalogowany tu jako moja żona).
Czytam wszystko o SpA od 2012 i jestem pełen podziwu dla was wszystkich. :) Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńKibicuje Wam wszystkim i nawet jestem na Teneryfie aktualnie ale mam zbyt napięty harmonogram codziennie, żeby Was odwiedzić w marinie. Pozdrawiam i życzę pomyślnych wiatrów.
OdpowiedzUsuń